Wyprawa do Snowdonii

Dziękuję Neli, bo tylko dzięki jej zachęcie ta strona powstała tu i teraz.

Przygotowania

Już przed wyjazdem do Anglii zastanawiałem się jak spędzę tam 4 dni świąt Wielkiej Nocy (Wielki Piątek jest także dniem wolnym). Marzył mi się wyjazd w góry. Koleżanka Ania która dopiero co stamtąd wróciła poleciła mi Snowdonię. Zgodnie z jej sugestią jeszcze w kraju zaopatrzyłem się w przewodnik Walking in Britain wydawnictwa Lonely Planet. Opisano w nim wiele ciekawych wycieczek po całej Wielkiej Brytanii, w tym kilka dość dokładnie w interesującym mnie regionie.

Dwa dni przed świętami rozpocząłem właściwe przygotowania do wyprawy. O znalezieniu miejsc w schroniskach młodzieżowych (tutejsze YHA) mogłem jedynie pomarzyć. Na szczęście udało mi się wydzwonić nocleg na kwaterze (tutejsze B&B - £21 za noc ze śniadaniem) na pierwsze dwie noce. Bilety na pociąg zakupiłem przez Internet na stronach National Rail wskazując miejsce startu (Londyn) i docelowe (Llandudno Juction). Koszt - "jedynie" £60 Bilety czekały na odbiór w automacie na stacji London-Paddington.*

Dzień 1. Podróż

W Welwyn Garden City wyruszam o świcie. Po 8:00 byłem już na dworcu Paddington w Londynie. Odszukałem wspomniany automat który wydrukował bilety: potwierdzenie opłaty za przejazd tam i z powrotem oraz rezerwacje na poszczególne pociągi.

Podróż koleją wspominam bardzo przyjemnie. Wydawałoby się że pociągi są szybkie, czyste, niezatłoczone i w miarę punktualne (przynajmniej na tyle żeby zdążyć na przesiadkę). Niestety w drodze powrotnej przyszło mi zweryfikować ten pogląd.

Kanały i barki

Podczas jady pociągiem rzuca się w oczy całe mnóstwo barek na wszechobecnych tu kanałach. Wspomniane łodzie mają wymiary ok 8m długości i 3m szerokości, napędzane są silnikami diesla. Dawniej służyły do spławiania towarów. Dziś urządzone są jak mieszkania. Niektórym służą za mieszkania całoroczne, innym jako pływające "domki letniskowe". Można na nich wypoczywać przemierzając ten kraj wzdłuż i wszerz. A kanałów, śluz, jazów, a nawet wielopoziomowych skrzyżowań tutaj nie brakuje. (więcej informacji można znaleźć na stronach British Waterways)

Kempingi

Kolejne "dziwo" zobaczyłem na północnym wybrzeżu. Olbrzymie kempingi z równo i ciasno poustawianymi, prawie identycznymi przyczepami kempingowymi (wielkością przewyższające nasze barakowozy). Jedna obok drugiej, co kilka metrów i tak po horyzont. Przyczepy sprawiają wrażenie zaparkowanych na stałe. Większość z nich na weekend odżywa zapełniając się mieszczuchami. Ale co to za przyjemność spędzać wolny czas na gigantycznym parkingu?

Do Llandudno Juction dotarłem ok. 14:00. Tu czekał już autobus do Betws-y-Coed. W Betws-y-Coed zakupiłem najpierw jedną mapę regionu w skali 1:50000 by w kolejnym sklepie zakupić jeszcze jedną tym razem w skali 1:25000. (Koszt pierwszej wliczyłem do tzw. frycowego.) Będąc już w drodze na farmę Dolgam gdzie znajdowała się moja kwatera zawróciłem do sklepu po kompas. Pomyślałem sobie: "W przewodniku tyle o tym piszą. Głupio by było gdybym oszczędzając £5 miał się narazić na niebezpieczeństwo". Nawet sobie sprawy nie zdawałem jak wiele było w tym racji.

Spacer na farmę zajął mi 2 godziny. Szedłem leśną ścieżką wzdłuż potoku mijając piękne wodospady. Na farmie przywitała mnie bardzo miła Pani częstując na powitanie herbatą i jednym kawałkiem czegoś co przypominało nasz piernik z bakaliami posmarowany masłem. Po wypiciu herbaty rozgościłem się w swoim małym ale przytulnym pokoju, po czym wyruszyłem w dalszą drogę do Capel Curig w poszukiwaniu obiadu.

Po drodze mijam kemping prowadzony przez moich gospodarzy. Od razu rzuca się w oczy ilość namiotów wraz ze stojącymi przy nich często drogich samochodach. Widać tutaj ludzie to lubią, bo chyba trudno posądzić kogoś o oszczędność jeśli na kemping przyjeżdża BMW Z3 czy Audi TT cabrio.... Inne spostrzeżenie dotyczy zachowania ludzi. Nie zauważyłem (nie dosłyszałem) dzikich nocnych wrzasków, głośnej muzyki tak popularnej u nas. A przechodziłem obok kempingu o różnych godzinach.

W końcu docieram do pierwszej knajpy. Widząc ceny szybciej wychodzę niż wchodzę. To samo w kolejnym lokalu. Dopiero za trzecim razem, mając świadomość że więcej lokali po drodze nie spotkam decyduję się zostać. Skromny obiad kosztuje mnie £10.

Cenę jaką płacę wynagradza mi towarzystwo. Z braku miejsca dosiadam się do stolika przy którym siedzi chłopak w moim wieku. Okazuje się, że zna tę okolicę dość dobrze więc od razu wypytuję go o trasy godne polecenia. Kilkadziesiąt minut później plan na resztę pobytu wraz z cennymi wskazówkami mam w kieszeni. Chłopak upewnia się jeszcze czy aby na pewno jestem przygotowany na wycieczki t.j. czy mam kompas, mapę, ciepłe ubrania itp. Wracam na kwaterę ze świadomością dobrze rozpoczętych wakacji....

Dzień 2. Snowdon Horse

Dzień zaczynam od śniadania serwowanego przez Panią domu: musli z mlekiem, następnie jajko sadzone na bekonie, kiełbaski na gorąco (niejadalne, w niczym nie przypominają naszych) oraz tosty. Do tego dzban herbaty i dwie świeże bułki (bułki tylko z nazwy).

Moja trasa nazywana 'Snowdon Horse' będzie biegła z Pen-y-Pass grzbietem Crib Goch na Snowdon (najwyższy szczyt) i z powrotem do Pen-y-Pass przez szczyt Llewedd. Pogoda z samego rana wbrew prognozie jest cudowna. Świeci słońce, żadnych chmur. W drodze do Pen-y-Pass mogę przez moment podziwiać szczyt Snowdon. Tylko przez moment, bo szczyt szybko niknie w chmurach, które w ciągu następnych kilku minut ogarniają całą okolicę. Jak się później okazało był to pierwszy i ostatni raz kiedy widziałem szczyt Snowdon....

Na parkingu w Pen-y-Pass mnóstwo ludzi: młodych i starych, rodziny, dzieci. Falami wylewają się z parkingu na ścieżkę prowadzącą na szczyt. Ruszam i ja. Po kilku minutach marszu dochodzę do pierwszej przełęczy gdzie ścieżka rozdziela się na dwa szlaki: spacerowy - prowadzący doliną i trudniejszy przez grzbiet Crib Goch. Większość (w tym rodziny z dziećmi) kierują się na ten drugi. Po przejściu kilkuset metrów wygodna ścieżka kurczy się, za to biegnie coraz stromiej by w końcu wśród skał całkiem zniknąć. Zaczyna się wspinaczka. Jest mgła, mało co widać (w każdym razie nie widać gdzie jest szczyt na który mam wejść). Większość towarzystwa przystawia przy pierwszej stromszej ścianie.

Dalszą wspinaczkę kontynuuję wspólnie z dwiema innymi osobami. Po paru minutach docieramy na szczyt Crib Goch by dalej grzbietem góry podążyć w kierunku szczytu Snowdon. Zarówno szczyt jak i grzbiet budzą respekt: po lewej przepaść, po prawej przepaść, szerokość grzbietu nie pozwala nawet się wyprostować. To robi naprawdę niezłe wrażenie! Nawet w taką pogodę. Posuwamy się więc na czworaka, okrakiem po grzbiecie góry. Może to i lepiej że chmury są tak nisko? Dzięki temu nie widać jaka przestrzeń nas otacza...

Po kilku minutach czołgania się grzbiet lekko się rozszerza. Na tyle, że znajduję wygodną ścieżkę biegnącą trawersem. Skoro na górze nic nie widać to po co się męczyć na czworaka? Schodzę więc na ścieżkę i przyspieszam kroku. Niestety trawersowanie zniosło mnie zbyt w dół, co potem musiałem mozolnie nadrabiać.

Docieram na szczyt Snowdon. Przy takiej pogodzie gdy nic nie widać to nic ciekawego. Ruszam więc dalej. Niestety z głową w chmurach idę przed siebie grzbietem zapominając że powinienem odszukać zejście w dół w kierunku szczytu Y Lliwedd. Zanim się zorientowałem musiało minąć kilkanaście dobrych minut.

Począłem więc pokornie wspinać się z powrotem. Niestety w takich chmurach trudno było ustalić swoje położenie. Kiedy stwierdziłem że powinienem być już blisko szczytu spuściłem się ze szlaku trawersem w dół w poszukiwaniu zagubionej ścieżki. Miły spacerek wkrótce przerodził się w koszmar. Co krok natrafiałem na miejsca nie do przejścia, musiałem się wracać, kluczyć. O mały włos nie skończyłoby się to tragicznie kiedy ziemia obsunęła się pod butem i zjechałem ok. dwa metry w dół. Lecz tym razem moje trudy (i głupota) zostały wynagrodzone. A mianowicie: Po pierwsze spotkałem na swej drodze olbrzymie ptaki. Z kształtu i koloru przypominały nasze wrony tyle że miały ponad pół metra wysokości. Po drugie znalazłem porzucony plecak. Prawdopodobnie spadł komuś z grzbietu góry i dopiero tutaj się zatrzymał. Musiał tu leżeć już kilka dni, bo ubrania w nim były zupełnie przemoczone, a wyposażenie (termos, mapa, latarka itp.) porozrzucane po całym zboczu. Kilka kroków dalej usłyszałem głosy ludzkie i uszczęśliwiony odnalazłem się na szlaku. W dodatku chmury zaczęły się podnosić więc mogłem podziwiać widoki na dolinę poniżej.

Niestety to nie koniec moich feralnych przygód tego dnia. Zauroczony widokami raźno maszeruję w dół wyraźną ścieżką ponownie zapominając o odnalezieniu szlaku prowadzącego do celu. Kolejna nieuwaga kosztowała mnie 30 minut stromego podejścia. Po odbyciu zasłużonej kary czekało mnie jeszcze kolejne pół godziny lekkiej wspinaczki po skałach i kolejna godzina stromego zejścia na dół. W Pen-y-Pas zabieram się do poszukiwania noclegu na ostatnią noc. Obdzwaniam wszystkie schroniska i B&B. Ostatecznie zdesperowany przyjmuję zaoferowane mi ostatnie miejsce w pobliskim hotelu na jedyne £28.

Jako że z wyprawy wracam cały, dzień zaliczam do udanych, a dobrego samopoczucia wystarcza mi nawet na napisanie kilku pocztówek. Szczęścia tego dnia dopełnia propozycja gospodyni iż może mnie przenocować dodatkową noc w dawnym pokoju jej dzieci (zazwyczaj nie udostępnianej dla gości). Zaoszczędzi mi to trudu przeprowadzki i dodatkowych kosztów.

Dzień 3. Tryfan i The Glyders

Na początek śniadanie. Dla odmiany: musli z mlekiem, następnie jajko sadzone na bekonie + kiełbaski na gorąco + tosty. Do tego dzban herbaty i świeża bułka. Po śniadaniu autostopem wyruszam nad jezioro Llyn Ogwen. Po drodze mogę podziwiać szczyt Tryfan i jego północną ścianę - już z odległości budzi duży respekt. Pogoda znacznie lepsza. Chmury sprawiają wrażenie zablokowanych od południa przez grzbiet Glyderów, kłębiąc się za nimi ale nie mogąc się przez nie przedostać. Dziś liczę na wspaniałe widoki.

Zaczynam wędrówkę. Podejście przystawia mnie już od początku. Już teraz trzeba się nieźle napracować. Odpoczynki zdarzają się więc dość często. Dzięki temu dłużej i wygodniej mogę upajać się widokami. Po drodze spotykam mamę z 7 letnim chłopcem. Tak bardzo chciał wejść na górę, ale ta przeraziła go swoim ogromem i teraz pokornie wracał na parking na dole. Nie ma się co dziwić, bo wejście naprawdę robi wrażenie - z każdym krokiem przepaść za plecami nieustannie rośnie. Dochodzę do połowy szczytu. Tu kończy się trudny spacer, zaczyna się właściwa wspinaczka. Ręce nie służą już tylko do asekuracji - na nich się teraz chodzi, podciąga itd. Przestrzeń pode mną zaczyna wywoływać coraz większe dawki adrenaliny.

Większość śmiałków atakuje szczyt od najtrudniejszej strony przeciskając się skalnymi kominami i rozpadlinami. Ja dochodzę do wniosku że mam zbyt dużo do stracenia i zgodnie ze wskazówkami zawartymi w przewodniku trzymam się wschodniej strony zbocza. Jest w miarę wygodnie, są nawet odcinki ze ścieżkami. Do czasu. Do czasu kiedy staję przed prawie pionową ścianą: z jednej strony porośniętą mokrą trawą, z innej pokrytą obślizgłymi kamieniami. Postanawiam odpocząć. W międzyczasie mija mnie samotny turysta. On także długo szuka przejścia dalej. Gdy spuszczam go na chwilę z oka popijając herbatkę, chwilę później widzę go już znacznie wyżej. Cholera! Którędy przeszedł? Zaczynam jeszcze raz wnikliwie badać ścianę. Z półki na jej północnym krańcu dostrzegam wygodne przejście po stronie południowej. Ale żeby się tam dostać trzeba przetrawersować niecały 1 metr na półce o szerokości 15cm mając z góry pionową ścianę której nie ma się jak chwycić a z dołu kilka metrów wolnej przestrzeni. Udało się. Wkrótce mogę wypocząć na szczycie.

Południowe zejście jest znacznie prostsze. Po niespełna godzinie stoję pod szczytem Glyder Fach. Większość turystów pcha się prosto na skalisty grzbiet. W przewodniku ani na mapie takiego wejścia nie ma. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i przewodnikiem wchodzę po żlebie po wschodniej stronie grzbietu. Kiedy docieram na górę chmury do tej pory powstrzymywane przebijają się przez szczyty i zasłaniają dokładnie wszystko.

Na szczęście po kilku minutach znów się wypogadza i można dalej podziwiać widoki.

Szczyty Glyder Fach i Glyder Fawr przypominają skaliste pustynie. Płasko tu i pełno różnej wielkości głazów. Przy małej widoczności bez kompasu trudno byłoby odnaleźć właściwy kierunek. Najgorsze pod tym względem jest północne zejście z Glyder Fach. Tu "pustynia" znacznie się rozszerza, brak punktów odniesienia. Zejście jest tylko w jednym miejscu - w pozostałych przypadkach pustynia kończy się urwiskiem. Wielokrotnie ostrzegano mnie, że łatwo tu zgubić drogę. Tym razem widoczność jest doskonała, na trasie wielu ludzi więc z trafieniem na zejście nie mam problemu.

U podnóża góry czeka małe jeziorko. Można wypocząć i wymoczyć strudzone nogi. Początkowo planowałem od jeziorka zejść bezpośrednio do miejscowości docelowej (Llanaberis) ale ponieważ jest jeszcze wczesna pora postanawiam wejść na przystępny szczyt Y Garn. Tą trasę pokonuję z rękami w kieszeniach. Na szczycie znów mam problem ze znalezieniem dalszej drogi. Ani śladu ścieżki która powinna prowadzić doliną do Llanaberis. W dodatku dolina jest pogrodzona, a przejścia przez ogrodzenia występują sporadycznie. Idę więc na azymut piękną łąką podziwiając widoki, błękitnie niebo na które czekałem dwa dni i z niecierpliwością wyczekując widoku na szczyt Snowdon. Niestety mimo iż do końca dnia wypogodziło się zupełnie szczyt Snowdon jako jedyny pozostał w chmurach. Za to mogłem się z dala przyjrzeć trasie z pierwszego dnia (wtedy mało co było widać) . Trzeba przyznać że robi imponujące wrażenie, zwłaszcza wspaniałe wejście na Crib Goch.

Dzień 4. Powrót

Na początek śniadanie. I tym razem dla odmiany: musli z mlekiem, następnie jajko sadzone na bekonie + kiełbaski na gorąco + tosty. Do tego dzban herbaty i świeża bułka (dobrze że to ostatni raz). Z samego rana ruszam autostopem do kopalni łupków w Llechwedd. Jeśli ktoś był w naszej Wieliczce to odradzam. Spotka Was wielki zawód za £8.50. Jadę do Llandudno gdzie mam czekać na pociąg powrotny. Wystarcza jeszcze czasu by wyskoczyć na tutejszą plażę. Szkoda że nie przyjechałem tu wcześniej! Można było znacznie milej spędzić ten dzień, a tak straciłem możliwość obejrzenia ślicznego wybrzeża. O 14:30 wsiadam do pierwszego pociągu. Wszelkie rezerwacje w kolejnych dwóch pociągach gdzieś wcięło, panuje straszny tłok, pociągi są opóźnione. Do Welwyn docieram dopiero po 21:00, a o autobusie do domu mogę jedynie pomarzyć. Czeka mnie ostatnie 40 minut pieszej wędrówki.

Podsumowanie

Walia i Walijczycy

Bardzo miły naród z własną kulturą, językiem, polityką. Brzmienie języka walijskiego przypomina języki skandynawskie, w niczym nie przypominając angielskiego. Mieszkańcy kładą duży nacisk na swą odrębność i dokładają wszelkich starań by swą spuściznę zachować.

Szlaki

Są Praktycznie nieoznaczone. Trasy spacerowe są dobrze wydeptane, a w terenie skalistym wyłożone wygodnymi kamieniami. Poza nimi turysta skazany jest na własną orientację. Czasem trochę pomagają niewielkie górki usypane z kamieni. Na szlakach uprawia się tzw. scrambling (patrz niżej)

Scrambling

To coś pośredniego pomiędzy spacerem a prawdziwą wspinaczką. To taka wspinaczka do której nie potrzeba wyrafinowanego ekwipunku, czy umiejętności. Odrobina sprawności fizycznej i samozaparcie wystarcza. Brytyjczycy mawiają: Scrambling is never difficult - sometimes there are only path finding problems (scrambling nigdy nie jest trudny - czasem jedynie trudno znaleźć właściwą drogę).

Ekwipunek

O ile w Polskich górach na szlaku można sobie pofolgować wybierając się na Giewont w butach na obcasie, tak tutaj nie ma żartów. Odpowiednie ubranie, kompas, mapa i zapas napojów na cały dzień to minimum. Warto zabrać też gwizdek i latarkę.

Pogoda

Jak to bywa w górach - potrafi się zmieniać błyskawicznie. Sam byłem świadkiem jak pierwszego dnia ze słonecznego poranka w 10 min. pozostało tylko marzenie. Chmury pojawiają się znikąd i błyskawicznie.

Transport lokalny

Autobusy kursują tak rzadko że lepiej na nie nie liczyć. Na szczęście miejscowi kierowcy chętnie podwożą autostopowiczów.

Noclegi

Najłatwiej i najtaniej we własnym namiocie. Poza polami kempingowymi namioty rozstawia się tu prawie wszędzie. Nawet na odrobinie trawy w górach. Miejsce zarówno w schroniskach jak i B&B należy w sezonie rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

Ceny

Jak w całej Wielkiej Brytanii zastraszające. Kosz wyżej opisanej wyprawy to ok. £200.

* * *

Post Scriptum

Snowdonia była pierwszym miejscem które odwiedziłem będąc w Wielkiej Brytanii. W późniejszych tygodniach miałem okazję zwiedzić inne, w tym również uchodzące za najpiękniejsze Lake District. Jednak żadne z tych miejsc, ani nie wywarło na mnie takiego wrażenia, ani nie zapadło tak mocno w pamięci jak Snowdonia. Wszystkie kolejne wycieczki pozostawały w cieniu grzbietu Crib-Goch i szczytu Tryfan. Może więc należałoby zostawić sobie Snowdonię na koniec pobytu w Zjednoczonym Królestwie...

kwiecień 2004


* Kupowanie biletów przez Internet ma pewną wadę: można je odebrać tylko na niektórych (głównych) stacjach kolejowych. Jeśli podróż zaczynamy z innej stacji warto bilety kupić w kasie - trochę więcej z tym zachodu, ale za symboliczną opłatą dostaniemy też bilet ważny już od naszej stacji, również na dojazdy metrem w Londynie pomiędzy stacjami. Ze względu na koszty należy kupować bilety powrotne (Return)


© tekst i fotografie
Jakub Mendys
Odnośniki do zdjęć szczytów Snowdon, Crib-Goch i Tryfan prowadzą do stron Wikipedii